Unia Europejska powstała jako projekt antytotalitarny – symbol zwycięstwa wolności nad faszyzmem i komunizmem. Po 1989 roku kraje Europy Środkowo-Wschodniej wchodziły do UE właśnie po to, by nigdy więcej nie wrócić pod czerwoną dyktaturę. Dziś, w 2026 roku, w samym sercu brukselskich instytucji wciąż zasiadają przedstawiciele partii otwarcie komunistycznych. Nie są ich dziesiątki ani setki – ale są. I nie tylko siedzą na posiedzeniach Parlamentu Europejskiego, pobierając sowite diety z unijnego budżetu. Ich ideologia – centralizacja władzy, walka z suwerennością narodów, antykapitalizm i „rewolucja społeczna” – wciąż rezonuje w kluczowych projektach federalistycznych UE.
To nie jest spiskowa teoria. To fakt, potwierdzony oficjalnymi danymi Parlamentu Europejskiego i historią integracji europejskiej.
W 720-osobowym Parlamencie Europejskim grupa The Left (dawniej GUE/NGL) liczy 46 europosłów. To siódma siła polityczna. Formalnie nie jest to czysto komunistyczna frakcja – dominują w niej radykalna lewica typu La France Insoumise czy Die Linke. Ale rdzeń stanowią partie marksistowsko-leninowskie:
Razem to co najmniej 7–8 europosłów z partii, które wprost odwołują się do marksizmu-leninizmu. Do tego dochodzi szersza lewica w The Left, która promuje „eco-socjalizm”, likwidację NATO i „sprawiedliwą redystrybucję”. To nie są „socjaldemokraci”. To ludzie, którzy ideologicznie stoją po tej samej stronie barykady co Lenin, Stalin i Honecker.
W Komisji Europejskiej i Radzie UE nie ma już jawnych komunistów na wysokich stanowiskach – ale nie o to chodzi. Wystarczy grupa 46-osobowa, by blokować rezolucje antykomunistyczne, torpedować reformy liberalne i wspierać każdy projekt centralizujący władzę w Brukseli.
Największy paradoks tkwi w samym DNA Unii. Jednym z „ojców założycieli” federalizmu europejskiego jest Altiero Spinelli – włoski komunista.
W 1924 roku, w wieku 17 lat, wstąpił do Komunistycznej Partii Włoch. Siedział w więzieniach Mussoliniego, potem na wyspie Ventotene. Tam, w 1941 roku, napisał (wraz z Ernestem Rossim) słynny Manifest z Ventotene. Dokument ten:
Spinelli później zerwał ze stalinizmem, ale nigdy nie porzucił wizji federalnej Europy jako antidotum na nacjonalizm i kapitalizm. Został europosłem (1979–1986), członkiem Komisji Europejskiej i twórcą „Klubu Krokodyla” – grupy federalistów. Dziś:
Polscy konserwatyści (Ordo Iuris, Patryk Jaki, Radosław Fogiel) słusznie nazywają to „komunizmem w nowym opakowaniu”. Centralny rząd federalny, unijna armia, likwidacja suwerenności państw – to dokładnie to, co Spinelli proponował w 1941 roku jako komunista. Tylko zamiast czerwonego sztandaru mamy dziś flagę z gwiazdami i narrację o „wspólnych wartościach”.
Komuniści i radykalna lewica w PE nie rządzą, ale skutecznie wpływają na kierunek:
Dodatkowo: europosłowie KKE i PCP regularnie głosują przeciwko budżetowi UE na obronność, przeciwko wsparciu Ukrainy i za „antyimperialistycznymi” rezolucjami w stylu „USA i NATO są winne wszystkiemu”. Jednocześnie biorą pieniądze z tego samego systemu, który oskarżają o wyzysk.
Komunizm w strukturach UE jest słaby liczebnie – ale silny ideologicznie. Kilka mandatów wystarczy, by przypominać: czerwona nić nigdy nie została całkowicie przecięta. Federalizm Spinellego, eco-socjalizm The Left i antynarodowa retoryka to nie przypadek. To logiczne przedłużenie marksistowskiej wizji świata bez granic, bez własności i bez suwerennych narodów.
Europa Zachodnia może sobie na to pozwalać – nigdy nie doświadczyła realnego komunizmu. Europa Środkowa i Wschodnia nie może. Czas, by w kolejnej kadencji PE i przy reformie traktatów powiedzieć głośno: albo UE rozliczy się ostatecznie z czerwoną przeszłością – włącznie z wyrzuceniem komunistów z instytucji i nazwaniem rzeczy po imieniu – albo stanie się dokładnie tym, przed czym miała chronić: miękką, biurokratyczną wersją totalitaryzmu.
