





Dokładnie 37 lat temu miliony Polaków poszły na wybory z nadzieją na upadek komunizmu. „Solidarność” zmiażdżyła komunistów w pierwszych półwolnych wyborach. Media Zachodu ogłaszały „zwycięstwo wolności”. Lech Wałęsa triumfował. Wydawało się, że Polska wreszcie wraca do rodziny wolnych narodów.Tylko nieliczni już wtedy widzieli, że to nie jest koniec komunizmu, lecz jego najbardziej perfidna mutacja.
Okrągły Stół nie był aktem odwagi ze strony komunistów. Był świadomą strategią przetrwania. Generałowie Jaruzelski i Kiszczak doskonale wiedzieli, że system w starej formie się kończy. Postanowili więc oddać fasadę władzy, aby zachować realną kontrolę.W zamian za „częściowo wolne wybory” komuniści otrzymali:
To nie była transformacja. To była negocjowana kapitulacja opozycji przed systemem, który przez 45 lat mordował, więził i niszczył Polaków.
Największym przekrętem transformacji nie była nawet sama prywatyzacja – lecz systematyczne uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury na majątku narodowym.Już od 1988 roku, jeszcze w PRL, władza przygotowywała grunt. Na podstawie rozporządzeń Rady Ministrów zaczęto masowo tworzyć spółki nomenklaturowe. Dyrektorzy, sekretarze PZPR, generałowie SB i ich rodziny zakładali firmy, które przejmowały aktywa państwowe po zaniżonych cenach.Afera FOZZ – matka wszystkich aferNajwiększym i najbardziej symbolicznym instrumentem tej grabieży był Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ), powołany w lutym 1989 roku – tuż po rozpoczęciu obrad Okrągłego Stołu.Oficjalnie FOZZ miał skupować polski dług zagraniczny po niskich cenach. W rzeczywistości stał się maszynką do legalnego wyprowadzania setek milionów dolarów z państwowego budżetu. Szacuje się, że z FOZZ „wyparowało” około 354 mln złotych (wartość z tamtych lat) – setki milionów dolarów w dzisiejszych pieniądzach.Pieniądze trafiały na konta w rajach podatkowych, do podstawionych spółek i do rąk ludzi powiązanych ze służbami PRL. To właśnie te środki stały się źródłem startowego kapitału dla wielu fortun III RP.
W praktyce wyglądało to tak: komunistyczny dyrektor dostawał kredyt z FOZZ lub banku państwowego, kupował za bezcen zakład, w którym wcześniej pracował, zwalniał załogę, a zyski trafiały do wąskiej grupy „wybrańców”.W ten sposób dawna czerwona elita stała się nową burżuazją III RP. Synowie i córki sekretarzy, pułkowników SB i generałów wywiadu nagle stali się szanowanymi „przedsiębiorcami” i „ojcami sukcesu transformacji”.
Po latach później skutki tej zdrady są wciąż widoczne:
Komunizm nie umarł w 1989 roku. Zmienił tylko formę – z brutalnego totalitaryzmu na miękki, korporacyjny, „europejski” postkomunizm. Z czerwonej flagi na tęczową, z marksizmu na kulturowy marksizm.
4 czerwca 1989 roku nie był końcem komunizmu. Był końcem PRL w wersji klasycznej. Komunizm jako ideologia, mentalność i sieć powiązań przetrwał i świetnie się zaadaptował.
Dla milionów Polaków, którzy walczyli w latach 80., dla rodzin pomordowanych, dla więźniów politycznych – III RP okazała się gorzką zdradą.Nie świętujmy iluzji.Nie udawajmy, że rozliczyliśmy się z największym złem XX wieku.
Komunizm w Polsce nie upadł w 1989 roku. On jedynie przeszedł na wyższy poziom kamuflażu. Dopóki nie zrobimy Norymbegi Komunizmu w Polsce, dopóty Polska będzie tylko półwolna.
