Czekaliśmy bardzo długo na pierwszy film, który podejmie temat sowieckiej inwazji na Polskę z 17 września 1939 roku. To niezwykle ważny wątek naszej historii, przez lata w zasadzie pomijany przez twórców. W czasach komunizmu można to jeszcze zrozumieć, ale dziwi, że również w wolnej Polsce nikt wcześniej nie zdecydował się go rzetelnie przedstawić.
Niestety film okazał się dla nas ogromnym rozczarowaniem. Tak istotny temat został potraktowany w sposób wręcz frywolny. Trudno powiedzieć, do jakiego widza jest on skierowany, bo z polską historią ma niewiele wspólnego. Można odnieść wrażenie, że konsultant historyczny zawiódł — o ile w ogóle był obecny przy produkcji.
Obóz dla aresztowanych przedstawiono niemal jako miejsce beztroskie, nieomal sanatorium. Pojawiają się rozmowy z rosyjskim oprawcą o sztuce i fizyce jądrowej, prowadzone po francusku i angielsku. Elegancja i maniery głównego antagonisty wręcz zdumiewają — otrzymujemy obraz niemal dżentelmena z NKWD.
Gdyby nie historyczny fakt zamordowania polskich oficerów — od którego odejścia polska publiczność zapewne by nie zaakceptowała — można by odnieść wrażenie, że oglądamy niemal laurkę wystawioną Rosjanom i zapowiedź rodzącej się przyjaźni. Jedyną „łyżką dziegciu” (oprócz samej zbrodni) pozostaje dla zachodniego widza niezrozumiała, a rzekomo wrodzona kłótliwość Polaków i ich niechęć do zaakceptowania świata takim, jaki inni dla nich tworzą. Karygodne, nieprawdaż?
Trudno powiedzieć, który z filmów razi bardziej: obejrzany właśnie „Pojedynek” czy „Chłopiec w pasiastej piżamie”, którego konstrukcja opiera się na ciepłych rozmowach między małym Niemcem a małym żydowskim chłopcem z obozu. Ocieplanie wizerunku najeźdźców i agresorów trwa w najlepsze, a ten film niestety wpisuje się w tę tendencję.
Nie polecamy. Scenariusz zawiódł na całej linii.
Żeby jednak nie kończyć wyłącznie negatywnie — dwóch głównych aktorów wypada całkiem dobrze. Zagrali to, co mieli do zagrania. Nie ich wina, że przekaz filmu jest mało polski, antypatriotyczny, a przede wszystkim mało realistyczny. Na wyróżnienie zasługuje rola Wojciecha Mecwaldowskiego jako Leona Sztejna. I właściwie to jedyna rzecz, którą można o tym filmie powiedzieć z uznaniem.
