Historia komunizmu w Polsce to historia paradoksu tak głębokiego, że graniczy z absurdem: reżim, który deklarował się jako „państwo robotniczo-chłopskie” i „dyktatura proletariatu”, systematycznie mordował robotników, gdy ci odważyli się upomnieć o swoje prawa. Poznański Czerwiec 1956, Grudzień 1970 na Wybrzeżu i pacyfikacja kopalni „Wujek” w 1981 roku to nie incydenty – to symbole prawdziwej natury komunizmu, systemu, który w imię abstrakcyjnej ideologii nie cofał się przed użyciem czołgów, karabinów maszynowych i bagnetów przeciwko tym, w których imieniu rzekomo rządził. Dla każdego, kto nadal wierzy w „humanistyczną twarz” komunizmu, te trzy daty powinny być lekcją nie do odwołania.
28 czerwca 1956 roku robotnicy Zakładów im. Stalina (ZISPO) w Poznaniu wyszli na ulice z hasłami, które dziś brzmią jak gorzka ironia: „Chleba!”, „Wolności!”, „Precz z Rosją!”. Ich żądania były prozaiczne – podwyżki płac, obniżenie absurdalnie wysokich norm produkcyjnych, poprawa warunków życia. Nie domagali się obalenia systemu, lecz jedynie tego, by system dotrzymał własnych obietnic. Odpowiedź władzy była jednoznaczna: czołgi, broń palna i represje.
Co zaczęło się jako pokojowa demonstracja około 100 tysięcy ludzi – robotników, ich rodzin, mieszkańców miasta – szybko przekształciło się w starcia z Milicją Obywatelską i Urzędem Bezpieczeństwa. Gdy tłum ruszył w kierunku budynku UB przy ul. Kochanowskiego, szukając uwolnienia aresztowanych, funkcjonariusze otworzyli ogień. W odpowiedzi wojsko skierowało do miasta 10 700 żołnierzy, 359 czołgów i 31 samochodów pancernych – całą armię przeciw własnemu narodowi.
Walki trwały do 30 czerwca. Oficjalne dane mówiły o 57 zabitych (w tym 8-letnie dziecko), ponad 600 rannych i setki aresztowanych. Nieoficjalne szacunki historyków podają nawet ponad 100 ofiar śmiertelnych. Tysiące ludzi przeszło przez przesłuchania, a 257 osób stanęło przed sądami, z których część – w pokazowych procesach – skazano na karę śmierci (egzekucje wykonano na trzech osobach, choć były to wątpliwe wyroki oparte na torturach i fałszywych zeznaniach).
Początkowo propaganda partii nazwała wydarzenia „prowokacją imperialistyczną” organizowaną przez „agentów zachodnich” i „reakcyjnych elementów”. Dopiero gdy skala protestów i międzynarodowy rozgłos (zwłaszcza w świetle rozpoczynającej się odwilży po śmierci Stalina w 1953) zmusiły władze do ustępstw, oficjalna narracja zmieniła się na przyznanie „pewnych błędów w gospodarce”. Bolesław Bierut zmarł w marcu 1956 w Moskwie (prawdopodobnie w wyniku zawału po wysłuchaniu referatu Chruszczowa o zbrodniach Stalina), a do władzy doszedł Władysław Gomułka, który obiecywał „polską drogę do socjalizmu”. Paradoks? Gomułka sam był wcześniej więziony przez stalinistów, lecz to właśnie za jego rządów doszło do kolejnej masakry – czternaście lat później.
Jeśli Poznań był ostrzeżeniem, to grudniowe wydarzenia 1970 roku na Wybrzeżu stały się dowodem, że komunizm nie uczy się z własnych błędów – może jedynie powtarzać te same mechanizmy przemocy. Tym razem pretekstem były drastyczne podwyżki cen żywności i artykułów podstawowych ogłoszone 13 grudnia – na dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia. Dla przeciętnego robotnika oznaczało to faktyczne obniżenie poziomu życia o 15-20%.
14 grudnia strajk wybuchł w Stoczni Gdańskiej. Następnego dnia robotnicy wyszli na ulice. W odpowiedzi władze skierowały do miast Wybrzeża wojsko, czołgi i jednostki specjalne ZOMO. W Gdańsku i Gdyni doszło do prawdziwych scen rzezi:
Oficjalnie władze przyznały się do 45 zabitych i 1165 rannych. Historycy szacują, że faktyczna liczba ofiar śmiertelnych mogła wynosić nawet 100-150 osób, a wiele zgonów ukryto, zwłoki wywożono w nocy, rodzinom odmawiano informacji. Aresztowano ponad 3000 osób, tysiące zwolniono z pracy. Część robotników została skazana w procesach na wieloletnie więzienie.
20 grudnia Edward Gierek zastąpił Gomułkę na stanowisku I sekretarza PZPR. W słynnym wystąpieniu w Stoczni Gdańskiej w styczniu 1971 pytał: „Pomożecie?”, a robotnicy odpowiedzieli: „Pomożemy!”. To był moment fałszywej nadziei – Gierek obiecywał poprawę, lecz system pozostał ten sam. Dekada lat 70. przyniosła chwilową konsumpcję na kredyt, ale fundamentalne kłamstwo komunizmu – że jest „władzą robotników” – pozostało niezmienione. Potwierdziła to tragedia z grudnia 1981.
Gdy 13 grudnia 1981 roku gen. Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny, uderzenie reżimu skierowane było wprost w Solidarność – ruch robotniczy, który przez 16 miesięcy zbudował nadzieję na pokojową transformację Polski. Internowano tysiące działaczy, zawieszone prawa obywatelskie, wprowadzono godzinę milicyjną i cenzurę. Jednym z miejsc, gdzie opór robotników został zalany krwią, była Kopalnia Węgla Kamiennego „Wujek” w Katowicach.
Około 2000 górników zorganizowało strajk okupacyjny, domagając się uwolnienia internowanych i zniesienia stanu wojennego. Przez trzy dni władze blokowały kopalnię, odcinając prąd, wodę i łączność. 16 grudnia o 7:40 rano rozpoczęła się pacyfikacja przeprowadzona przez ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej) wspartą przez jednostki wojskowe.
Funkcjonariusze wtargnęli na teren kopalni, używając granatów łzawiących, armatek wodnych i broni palnej z ostrą amunicją. Górnicy bronili się kamieniami, hakami i własnymi ciałami. W ciągu kilku godzin 9 górników zostało zastrzelonych, a ponad 20 odniosło ciężkie rany. Ofiary to:
Najmłodszy miał 19 lat. Wszyscy byli robotnikami – tymi, w których imieniu partia rzekomo sprawowała władzę.
Przez lata nikt nie poniósł odpowiedzialności. Dopiero po 1989 roku rozpoczęto śledztwa, lecz większość sprawców uniknęła kary dzięki przedawnieniu lub amnestii. W 1993 roku sąd skazał 4 funkcjonariuszy ZOMO na minimalne kary za przekroczenie uprawnień (od 3 do 5 lat więzienia), ale nikt z decydentów – generałów czy ministrów – nie stanął przed wymiarem sprawiedliwości. Sam Jaruzelski do końca życia tłumaczył, że „wybierał mniejsze zło”, co dla rodzin ofiar było tylko kolejnym kłamstwem.
Co łączy Poznań ’56, Wybrzeże ’70 i „Wujek” ’81? Fundamentalne kłamstwo komunizmu. System, który deklarował się jako władza mas pracujących, w praktyce był dyktaturą partyjnej nomenklatury, która swoją legitymację czerpała nie z woli ludu, lecz z monopolu na przemoc. Gdy robotnicy – ci prawdziwi, nie ci z propagandowych plakatów – odważyli się domagać sprawiedliwości, odpowiedzią były czołgi i kule.
Ten paradoks nie był przypadkiem. Wynikał z natury totalitaryzmu komunistycznego, który:
Dziś przy Stoczni Gdańskiej stoi Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 – trzy wysokie krzyże z kotwicami, symbol pamięci i oporu. W Katowicach przy KWK „Wujek” wzniesiono pomnik 9 zastrzelonych górników. W Poznaniu tablica przy ul. Kochanowskiego przypomina ofiary Czerwca ’56. Ale czy pamięć wystarczy?
Historia pacyfikacji robotniczych w PRL to ostrzeżenie:
Dla współczesnych: Każdy, kto dziś flirtuje z ideami kolektywizmu, „dyktatury większości” czy „koniecznego terroru wobec wrogów postępu”, powinien stanąć przed pomnikiem poległych górników i zadać sobie pytanie: Czy naprawdę chcę systemu, który strzela do tych, których rzekomo reprezentuje?
Odpowiedź musi być jednoznaczna: Nigdy więcej.
Antykomunistyczni.pl – Pamiętamy, bo zapomnienie to zdrada ofiar.
