5 marca 1953 roku przestało bić serce Józefa Stalina – tyrana, który według historyków odpowiada za śmierć co najmniej 20 milionów ludzi. W Polsce komuniści natychmiast uruchomili gigantyczną propagandową maszynerię. Cały kraj miał tonąć w żałobie. Prasa, radio, szkoły, zakłady pracy – wszystko zostało zmobilizowane do ostentacyjnego opłakiwania „wodza całej postępowej ludzkości”.
Leopold Tyrmand napisał wtedy z pogardą:
„Cała prasa utonęła w wazelinie, zakrztusiła się od nibyjęku, zachłysnęła śliną nieprzytomnych pochlebstw i ostentacyjnej pseudorozpaczy”.
Najbardziej żenujący spektakl dali jednak polscy pisarze i poeci – ci sami, którzy później chętnie budowali legendę o „odważnej inteligencji” walczącej z systemem.
Jan Nowak-Jeziorański, legendarny szef Radia Wolna Europa, nazwał te reakcje „największym poniżeniem polskiej literatury”. I miał rację.
Powstawały całe zbiory żałobnych trenów, peanów, panegiryków i elegii. Ich autorzy później wstydliwie nie przedrukowywali tych tekstów, tłumacząc się, że „nic nie wiedzieli o zbrodniach” i „bali się”. Tymczasem za odmowę udziału w hołdzie nie groziły żadne aresztowania ani Sybir – jedynie towarzyskie ostracyzm i milczenie w mediach. Wielu wybrało jednak dobrowolne czołganie się.
Władysław Broniewski
Jego poemat o Stalinie powstał jeszcze wcześniej, z okazji 70. urodzin „Chorążego Pokoju”:
Pędzi pociąg historii, / błyska stulecie-semafor. / Rewolucji nie trzeba glorii, / nie trzeba szumnych metafor. / Potrzebny jest Maszynista, / którym jest On: / towarzysz, wódz, komunista – / Stalin – słowo jak dzwon!
Gdy młody Marek Hłasko przypomniał mu, że „Ziutek-Słoneczko” wymordował 20 milionów ludzi, wściekły Broniewski zadzwonił na UB. Hłasko musiał salwować się ucieczką.
Adam Ważyk – „Rzeka”
Szczyt serwilizmu:
Mądrość Stalina / rzeka szeroka / w ciężkich turbinach / przetwarza wody / płynąc wysiewa / pszenicę w tundrach.
Artur Międzyrzecki (późniejszy prezes PEN Clubu)
Napisał kilkunastowersowy tren „Marzec 1953”:
Płakaliśmy w Warszawie / Na Śląsku, na dumnym Helu […] / Odeszli Lenin i Stalin / Ale nie umrą nigdy.
Wisława Szymborska
Wiersz „Ten dzień” pisała, jak sama przyznawała, „drżącą ręką, z bólem i łzą”. Zamiast żałoby – wezwanie do terroru:
Pod sztandarami rewolucji / wzmocnić warty! / Wzmocnić warty u wszystkich bram!
Jej ówczesny mąż Adam Włodek też się przyłożył:
Przypominał, jak wielkim ma na ziemi być człowiek / ale człowiek – pośród towarzyszy.
Anna Świrszczyńska
Tłumaczyła z koreańskiego tren Fak Ten Sika – niemal erotyk o miłości do Stalina:
Tyś umiłowany / najczulszym miłowaniem / tak miłuje się tylko przyjaciela i wodza. / Wspólna nasza boleść / rosyjscy druhowie Stalina.
Konstanty Ildefons Gałczyński
Krzyczy Wołga. Szlocha Sekwana / Woła Dunaj / Jęczą rzeki chińskie / Broczy Wołga jak otwarta rana / Lamentują potoki gruzińskie.
Wiktor Woroszylski
Jest takie jedno słowo / Synonim wielu pięknych słów / Słowa wolność, słowa radość, słowa pokój, słowa socjalizm / przy którym wszyscy wstają i klaszczą / Stalin.
W specjalnych żałobnych numerach czasopism hołd oddawali m.in.:
Z emigracji wściekał się Jan Lechoń:
„Cóż za podłość, cóż za tchórzostwo, cóż to za kanalie!”
To nie był strach. To był dobrowolny, entuzjastyczny serwilizm dużej części polskiej inteligencji twórczej. Kiedy kilka lat później przyszedł Październik ’56 i odwilż, ci sami autorzy nagle „przypomnieli sobie”, że tak naprawdę zawsze byli przeciw. Tylko wstydliwych wierszy nigdy nie przedrukowali.
Dziś, gdy czytamy te teksty, aż trudno uwierzyć, że wyszły spod piór ludzi uważanych za największych polskich poetów i prozaików XX wieku. To nie była literatura. To była propaganda w najczystszej, najbardziej obrzydliwej formie.
Stalin umarł w 1953. Ale jego kult w polskiej literaturze żył jeszcze przez kilka miesięcy – ku wiecznemu wstydowi tych, którzy go tworzyli.
