Kiedy dziś patrzymy na Chiny jako „pragmatyczną” potęgę gospodarczą, łatwo zapomnieć, że fundamentem władzy KPCh nie jest biurowiec w Pekinie, lecz masowe mogiły z czasów, gdy ideologia miała zastąpić rzeczywistość. W PRL znamy katownie Rakowieckiej; w Chinach Mao Zedong rozciągnął ten sam mechanizm na skalę kontynentu: najpierw zabił głodem wieś, potem rozpuścił młodzież, by spaliła własną kulturę. To nie były „wypaczenia” – to logika komunizmu doprowadzonego do skraju.
Rok 1958. Mao, upojony gospodarką równającą się strofie poezji, ogłasza Wielki Skok Naprzód – plan, który w kilka lat miał dogonić stalownictwo Wielkiej Brytanii. Na wsi powstają „komuny ludowe”: ogrody zatarasowane piecami do wytopu żelaza z garnków, kantyny kolektywne, gdzie każdy je tyle, ile wyprodukuje „kolektyw”, i fantomowe raporty o zbiorach, bo lokalni sekretarze boją się przyznać, że ich liczby są fikcją.
Mechanika śmierci głodowej – nie „klęska klimatyczna”, jak dyktowali propagandziści, lecz polityka:
Szacunki dziś – po otwarciu archiwów – wahają się od 15 do 45 mln ofiar (Frank Dikötter: Mao’s Great Famine – ok. 45 mln nadmiarowych zgonów w trzy lata). To prawdopodobnie największa sztucznie wywołana katastrofa głodowa w historii – nie z powodu bomby, lecz sloganu: „Więcej, szybciej, lepiej, oszczędniej”.
Gdy Skok ujawnił klęskę i Mao stracił część realnej władzy, w 1966 roku wypuścił nową broń – dzieci. Ogłaszając Wielką Proletariacką Rewolucję Kulturalną, wezwał młodzież – Czerwoną Gwardię (hongweibing) – do rozprawy z „czterema starymi”: starymi ideami, kulturą, zwyczajami, nawykami. Tym samym odsuwał rywali (Liu Shaoqi, Deng Xiaopinga) i reinżynierował społeczeństwo.
Teatr terroru, tylko bez sędziego:
Bilans? Bezpośrednio zamordowano, pobito, doprowadzono do samobójstw ok. 1,5–2 mln ludzi, a kilkadziesiąt milionów przeżyło tortury, zesłania, zrujnowane kariery. Kultura Chin – klasyczna literatura, muzyka, medycyna, relacje rodzinne – została wyrwana jak korzeń, by na pustce rosła wyłącznie linia Mao.
Wielki Głód i Rewolucja Kulturalna wyglądają inaczej – jeden to cisza wygłodzona w chałupie, drugi to wrzask tłumu przed świątynią – ale napędza je to samo: przekonanie, że rzeczywistość musi nagiąć się do ideologii, a „wróg” jest wszędzie. W ZSRR kulacy umierali przy torturach kolektywizacji, w Polsce AK-owcy w procesach pokazowych; w Chinach aparat zastąpiły komuny i nastolatki z czerwonymi opaskami.
Dla nas, którzy upominamy się o Pileckiego czy „Nila”, chiński wymiar ma dodatkową przestrogę: po śmierci Mao partia nie rozliczyła się do końca. Deng otworzył gospodarkę, ale „czterdzieści milionów z głodu” pozostaje tematem zakazanego podręcznika; dowody z Nagrobka wciąż omijane są cenzurą. To pokazuje, że komunizm nie „ewoluuje” – pudruje retorykę, zachowując monopol na pamięć. Gdy elita musi wybierać między prawdą a jednością partii, wybiera jedność.
Dlatego polskiemu czytelnikowi warto pamiętać: każda próba narzucania „nowej świadomości” – czy to kolektywnej kantyny, czy „kulturowego oczyszczenia” – zaczyna się od odebrania głosu jednostce. Najpierw sfałszowana statystyka, potem cenzura, na końcu dowód własnej „krzywdy klasowej”, który można wymierzyć pięścią. Wielki Głód udowodnił, że w komunizmie papierek może zabijać efektywniej niż kula; Rewolucja Kulturalna – że młodość, kiedy wbije się jej slogan jako religię, sama staje się milicją.
Jeśli więc dziś słyszymy, że „Mao unowocześnił Chiny”, przypomnijmy imiona: wieś Lijiagou, gdzie matki gotowały trawę; nauczycielkę Bian Zhongyun; pisarkę Ding Ling, która przeżyła obie katastrofy, by powiedzieć: „Utopia, która nie liczy ofiar, żywi się nimi”. My, wolni, mamy obowiązek liczyć – i nie pozwalać, by cokolwiek, nawet opakowane w postęp, na nowo zamieniło księgi w popiół, a ludzi w liczby kontrolne.
Redakcja antykomunistyczny.pl
